Zabrałem nasze z Mariną bilety, broszury, koszulki – wszystko, co można było wynieść z centrum.
Do wylotu równy tydzień. Minus dzień na pociąg.
Prawie wszystko zrobione, poza tym, że... w sumie nic nie jest zrobione! Stos zaległości na uczelni (będzie gorąca jesień, ooo), muszę kupić torbę i jeszcze trochę drobiazgów. Ale najgorsze jest oczywiście to, że wciąż jestem chory i wyjeżdżać W TAKIM STANIE – średnio mi się chce.
Chociaż kiedy jechałem busem do domu z biletami w kieszeni – poczułem taką ulgę. Oto spełnia się skryte marzenie, które starannie trzymałem gdzieś głęboko przez prawie dwie dekady, nie wychodziło na zewnątrz, nie pokazywało się, nie krzyczało. A tu nagle – przebiło się na powierzchnię. Blitzkrieg się udał. Pieprzyć uczelnie, kryzysy, grypy – O CO WY SIĘ TAM JESZCZE MARTWICIE!? Jedziemy do USA.

