Żenia (przedstawiciel agencji Tennessie International Culture Connection Programm) okazał się młodym człowiekiem w wieku od 26 do 27 lat, o przyjemnej aparycji oraz nie-rosyjskich manierach mówienia i zachowania. Później okazało się, że sam nie raz bywał w Stanach w celach zarobkowych, a z jego opowieści wyłonił się obraz przyjemnych zysków finansowych, które można zdobyć w ciągu zaledwie jednego lata, pracując pilnie i uczciwie na rzecz USA. Perspektywa łatwego zarobku, podróży i długo wyczekiwanej samotności przez 4 miesiące zawróciła nam w głowach. Byliśmy gotowi na wszystko dla osiągnięcia upragnionego celu.
Pierwszy etap, jak należało się spodziewać, musiał przejść przez cierniste ścieżki biurokracji. Okazało się jednak, że było ich wyjątkowo mało: tylko długie i żmudne wyrabianie paszportów zagranicznych. Czekało nas długie i, jak się wtedy wydawało, nieskończone wypełnianie dokumentów elektronicznych i ankiet. Zrobiliśmy to jako pierwsi i zaczęliśmy z niepokojem oczekiwać drugiego etapu, tego najbardziej przerażającego i wyczerpującego nerwowo...
Ambasada. Niezbędny warunek na drodze do Stanów. Każdego śmiałka czekał najważniejszy egzamin w życiu – rozmowa z ambasadorem USA w języku angielskim. Przed wyjazdem do Jekaterynburga (najbliższe miasto z ambasadą amerykańską) mój angielski konwersacyjny pozostawał gdzieś na poziomie ósmej-dziewiątej klasy. Kiriuszyn natomiast robił szybkie postępy zgodnie z wybraną specjalnością. Zimy 2007-2008 nie zapomnę nigdy, bo nie mogłam sobie wyobrazić tak przyspieszonego i trudnego dla mnie kursu angielskiego, prowadzonego przez mojego ukochanego. Do utraty tchu wałkowaliśmy znienawidzone czasy (tenses), słuchaliśmy ćwiczeń audio, wkuwaliśmy słówka. Ale moja wiara w otrzymanie wizy od tego nie rosła. Wręcz przeciwnie, malała z powodu hiperbolicznej zależności od ilości zużytych nerwów. Przed nami była tylko jedna droga i nie można już było z niej zawrócić.


