Pół roku temu, będąc samemu nowicjuszem (nie to co teraz=)))))), natknąłem się na mnóstwo rzeczy, które nagle stały się pilne do rozwiązania, poznania itp. Wszystkie one wynikały z dwóch wiecznych problemów studenckich - braku pieniędzy i braku czasu (brak jedzenia wtedy jeszcze nie wchodził w moje plany)) i wszystkie warunkowo dzieliły się na dwie kategorie. "Jak taniej i lepiej?" i "Dokąd jechać?". O tych świętych dla uczestnika Work and Travel tematach podrapię się w głowę na blogu.
Quest I. Przygotowanie do wylotu. Wybór programu
Jeśli nie chcemy wydawać zbędnych pieniędzy i (bardzo możliwe) nerwów, wybieramy program self-arranged. W tym roku wielu miało problemy z biletami i ofertami (offer) od swoich agencji. Co więcej, ten program zapewnia prawie nieograniczoną (z wyjątkiem granic państw, do których masz wizy) swobodę działania. Właściwie Ameryka, z rozwijaną w niej umiejętnością szukania sposobów rozwiązywania pojawiających się problemów, zaczyna się teraz. Oferty szukamy wszystkimi możliwymi sposobami, w ostateczności będziemy mogli później zwrócić się do biura CMO, a ceny takich biletów wykreślamy ze swojego arsenału akceptowalnych cen przynajmniej do momentu otrzymania największego paycheck na świecie.
Zatem program kosztuje (zaraz sprawdzę) - 650$ dla nowicjuszy. Ok. Dodajmy do tego lubiane przez wszystkich +16+17$ - obowiązkowe opłaty za kartę i coś jeszcze. Ogólnie 700$. Teraz przysięgamy na Jeta Li i Marcina Lutra, że wrogowi już nic więcej nie oddamy.





