29 czerwca 2010 (12:00 w Paryżu)
Dzisiaj przyleciałem do Paryża, miasta jeszcze nie widziałem, ale zauważyłem kilka małych „wiosek”. Bardzo sympatyczne, dwupiętrowe domy, z ogródkami, równe drogi – marzenie.
Pogoda pochmurna – Francja nie jest odczuwalna:) Za to lotnisko Charles de Gaulle... Jeśli porównać z Pułkowem, czy nawet z Domodiedowem – to jak Uglich i Nowy Jork. Po prostu ogromne. Nie mogłem usiąść, żeby napisać tę notatkę, bo w moim terminalu 2E odległość od skrzydła do skrzydła zajmuje 20 minut pieszo, właśnie dowiedziałem się o dokładnym numerze mojego gate'a i piszę.
Wszędzie różne nacje, języki, zachowanie. Wszystko cieszy i zaskakuje. Na razie angielskiego prawie nie rozumiem. Zaczęło się w samolocie, francuski steward zaczął szybko z francuskim akcentem opowiadać, jak działać w przypadku siły wyższej – zrozumiałem za pomocą gestów:) Potem facet zaczął pytać o terminal na lotnisku – też musiałem tłumaczyć na migi. Kurczę, Francuzi bardzo szybko mówią.
Z Petersburga leciało z nami wielu Amerykanów – poznałem po paszporcie. Wszyscy tacy różni, beztroscy, naprawdę różnią się zewnętrznie od innych nacji jakąś „aurą” czy coś. Chociaż, kiedy pierwszy raz ich zobaczyłem – pomyślałem, że to albo Niemcy, albo Hiszpanie) No. Chyba bardzo się nimi zachwycam.
Teraz czekam na mój lot do JFK o 16:35. Dzisiaj będę w Nowym Jorku. Bardzo zmęczony. W samolocie chciałem zjeść, ale zasnąłem i jedzenie „odjechało”. No trudno. Jak mówił Steve Jobs: „Bądźcie głodni. Bądźcie nierozważni.”




