04:30, 25 listopada 2008. To już staje się nawykiem: wyłączać się wieczorem, w nocy wstawać i zajmować się... życiem. Co mnie dziwi, miasto jakby nie zamierza spać! W zasadzie. Ja nawet kiedy wracam z pracy o piątej rano, wkoło jest wystarczająco dużo ludzi, którzy jakby zapomnieli, że spać — to normalne. Normalne stało się nie spać. Jakże to niepodobne do rosyjskiej zimy. Co można robić długimi zimnymi wieczorami u nas? Czytać. Oglądać telewizję. Pracować. Spać. A latem, tak naprawdę, i u nas się nie śpi, zwłaszcza w centrum, gdzieś na pieszej Kiriowce. To tak pięknie, romantycznie i nowocześnie — nie spać, a cieszyć się życiem. Tylko że, niestety, na razie ani w Afryce, ani w żadnej rosyjskiej metropolii nocne spacery nie są tak bezpieczne, jak w cichej i spokojnej Europie. Właśnie w tym jest do czego i nam dążyć. A teraz, na przykład, w mieszkanku, gdzie mieszkam w sąsiedztwie z Shane'em, on siedzi w salonie ze swoimi przyjaciółmi. Oglądają telewizję, gadają, pranie, patrząc na mnie, też zaczęli. Często widzę, że oni śpią w dzień. A w nocy rzadko. Czasem budzę się o dziewiątej-dziesiątej rano, a oni, w jakich pozach siedzieli w nocy, w takich też się wyłączyli. Zabawne. Co mi się podoba, nie są hałaśliwi i nie piją jak diabli. Bywa trochę, ale jakoś nieszkodliwie.
Dzisiaj (dokładniej, teraz już wczoraj) miałem chrzest bojowy. Pierwsza kąpiel w Atlantyku od strony Południowej Afryki! Miałem szczęście, na tym oceanie byłem z różnych stron: i od strony Ameryki, i od strony Europy.
A wczoraj chodziliśmy ze Stasem. Woda, po raz pierwszy dla mnie na Oceanie Atlantyckim, była zimna. Ale wszyscy mówią, taka ona tutaj zawsze i zmian nie przewiduje się. Oto wam i kolejny cud świata. Afryka, lato, a woda w oceanie niskotemperaturowa. Nie mieści się w głowie, prawda?! Ale wszystko jest logiczne — prąd z Antarktyki. A jeśli chce się cieplej, wtedy trzeba jechać na Indyjski! A do niego prawie trzy godziny transportem. Pewnie najbliższe miejsce — Przylądek Igielny. Nauka geografia twierdzi, że właśnie ten przylądek jest granicą zlania się dwóch oceanów. Mówią, różnica w temperaturze wody po prawej i lewej stronie przylądka sięga dziesięciu stopni. Byłoby ciekawie tam pobyć. Cóż, może i się poszczęści. Będę mieć nadzieję!
A jeśli słyszeliście, że miejsce zlania się dwóch oceanów — Przylądek Dobrej Nadziei, śmiem was zapewnić, to bajka dla turystów!
Ale za to jest związany już z „dobronadziejnym” przylądkiem inny ciekawy fakt: właśnie od niego zaczęła się historia miasta. A od Kapsztadu zaczęła się historia dzisiejszej RPA. U wielu kojarzy się ona z imieniem Portugalczyka Bartolomeu Diasa. Na przylądku stoi pomnik na jego cześć. Widziałem go, przejeżdżaliśmy obok metrów sto pięćdziesiąt autobusem. Chyba zacytuję część artykułu „Spacery po starym Kapsztadzie” Apollona Davidsona (wykopałem w Internecie). Już bardzo pasjonująco tam wszystko napisane: „Stara przystań. To o niej piosenka z mojego dzieciństwa: „W porcie kapsztadzkim, z dziurą w burcie...” Kilka lat temu stary port się odmienił. Od dawna Kapsztad nazywano „morską tawerną na styku dwóch oceanów”. Teraz cały port stał się tawerną, prawie w dosłownym tego słowa znaczeniu. W budowlach portowych — przytulne kawiarnie, restauracyjki, piwiarnie, atrakcje. W starym suchym doku — dwupiętrowa amfilada sklepów. Na placu, gdzie wcześniej tylko krzyczeli podpici marynarze, występują artyści. Zresztą, wieczorami tutaj krzyczą i teraz. Patrząc na świąteczne tłumy turystów, niełatwo wyobrazić sobie, z jakim trudem docierali tutaj pierwsi żeglarze. Zderzając się ze sobą, wody Atlantyku i Oceanu Indyjskiego rzadko bywają spokojne. Nawet najbardziej doświadczeni szyperzy żegnali się, kiedy udawało się szczęśliwie dotrzeć do przystani. Wieści o falach-zabójcach u południowego krańca Afryki obeszły wszystkie przystanie świata. Nazwano je „cape rollers”. Jakimiż strasznymi były one dla żaglowców, jeśli w 1974 roku fala o wysokości czternastu metrów przełamała dno dużego angielskiego masowca. A kilka lat wcześniej fala rozłamała na pół jeden z pierwszych na świecie supertankowców o głośnej nazwie „World Glory” („Światowa chwała”). Trudno przyszedł ten szlak i największej eskadrze, która kiedykolwiek tędy przechodziła. A była to rosyjska eskadra. 1904 rok. Obok Kapsztadu, jeden za drugim, szły pancerniki „Suworow”, „Aleksander III”, „Borodino”, „Oslabia”, „Orioł”, krążowniki „Aurora”, „Dmitrij Donskoj”, „Admirał Nachimow”, transportowce „Anadyr”, „Meteor”, „Koreja” i „Malaja”, pływający warsztat „Kamczatka” i drugi statek o nazwie „Orioł” — pływający szpital morski. Był dzień św. Mikołaja, 6 (19) grudnia. Dali salut artyleryjski na cześć imienin Mikołaja II. Podziwiali z oddali Górę Stołową, u podnóża której leży Kapsztad. Następnego dnia, opłynąwszy Przylądek Igielny i znalazłszy się na Oceanie Indyjskim, trafili w burzę — tak częstą w tych miejscach. Pancerniki czerpały od razu po kilkadziesiąt ton wody, transportowce i krążowniki przechylały się o trzydzieści-czterdzieści stopni. W kapsztadzkiej gazecie „Cape Argus” wkrótce pojawił się list. Znaleźli go w zapieczętowanej butelce na brzegu Przylądka Dobrej Nadziei. Napisano po rosyjsku: „Niech rybacy, którzy, być może, znajdą i przeczytają ten list, pomodlą się za tych, których posyłają na śmierć, i za to, żeby ta straszna wojna z... prędzej się skończyła”. Jaka wojna? Rosyjsko-japońska. Eskadra admirała Rożestwienskiego szła z Morza Bałtyckiego do Cuszimy. Po kilku miesiącach prawie cała ta armada zginęła. Do naszych dni zachowała się tylko „Aurora”. Chociaż wtedy, koło Kapsztadu, i ona porządnie ucierpiała. Z tym smutnym wydarzeniem związana jest historia, która zaczęła się całkiem romantycznie. Ulubiony brat Aleksandra III, wielki książę Aleksy Aleksandrowicz zakochał się w damie dworu Saszy Żukowskiej. Historia ich relacji nie jest zbyt jasna: w tamtych czasach o życiu prywatnym członków rodziny carskiej wiedziano nie więcej, niż potem o życiu prywatnym sekretarzy generalnych. Czy to zdążył się z nią potajemnie ożenić, czy nie. Dworzanie pisali potem, że dziewczyna była rzekomo córką poety Żukowskiego, i że mieli oni jakoby nawet dziecko — i nazwali go hrabią Belewskim. Tak nierówne małżeństwo wyglądało, oczywiście, skandalicznie. I ojciec, Aleksander II, wysłał syna w podróż dookoła świata na dwa-trzy lata, żeby ten miał czas przemyśleć. 3 lipca 1872 roku 22-letni wielki książę przybył do Kapsztadu. Ta sama gazeta „Cape Argus”, w której potem pisali o butelce z rosyjską notatką, uroczyście donosiła: „Długo oczekiwana eskadra cesarska z wielkim księciem księciem Aleksym na pokładzie przybyła do Zatoki Stołowej”. Eskadra składała się z fregaty „Swietłana” i korwety „Bogatyr”. Dowodził nimi admirał K.N. Posiet. Dobrze znał Kapsztad: był tu w 1853 roku na fregacie „Pallada”, przyjaźnił się z Gonczarowem, który opisał ten rejs w swoich szkicach. W ciągu trzytygodniowej wizyty wielkiego księcia kapsztadzkie gazety były pełne doniesień o luksusowym balu na jego cześć, o wspaniałym bankiecie na „Swietłanie”, o prezencie, który wręczył żonie kapsztadzkiego gubernatora generalnego od rosyjskiej imperatorowej. O drogim naszyjniku, który podarował jednej z kapsztadzkich dam z towarzystwa — już od siebie. Zastanawiano się: komu, dla jakich petersburskich piękności kupuje strusie pióra — nimi wtedy ozdabiano damskie kapelusze. Zainteresowanie całym tym luksusem i romantyczną postacią młodego księcia podgrzewało i to, że niedługo przed jego wizytą pojawiły się plotki o pojawieniu się w Kapsztadzie wysłanej z Rosji „tajemniczej rosyjskiej księżniczki”. Wszystko to opisywała ta sama „Cape Argus”. 31 sierpnia 1995 roku w starej twierdzy Kapsztadu był — nie wiem, jak to nazwać — parada, przedstawienie czy, wyrażając się językiem pradziadów, feeria. Twierdza, i prawda, stara. Holenderscy żołnierze i niewolnicy, przywiezieni z różnych krajów Azji i Afryki, budowali ją od 1666 do 1679 roku, trzynaście lat. Teraz to muzeum. Po jakichś przeróbkach otwierano je na nowo. Do tego też była przywiązana uroczystość. Przed zaproszonymi gośćmi, wśród których poszczęściło się być i mnie, pokazywały swoją sztukę wojska, ubrane w holenderski mundur drugiej połowy XVII stulecia. Maszerowały, przegrupowywały się. Brzmiały starodawne komendy. Orkiestra grała marsze dawnych czasów. O tamtych czasach sprzed trzystu lat przypominała parada w twierdzy. Ale opowiadali mi i o o wiele bardziej hucznym święcie. Obchodzono go tutaj, w starej przystani i w twierdzy. A związany on był z końcem tej pory, kiedy: Jeszcze morza swoje skrywały tajemnice... Z dusznych gwiazd składał się Krzyż Południa, I wodorosty głębi tajemnej Chroniły tajemnicę tych miejsc... Nie tylko w starożytności, ale i w średniowieczu Europa nie wiedziała, gdzie kończy się Czarny kontynent. Tutaj, gdzie ja teraz spaceruję rano, noga białego człowieka nie stąpała. W Europie jeszcze czekali na to. I to się stało. Skrajnie zmęczeni marynarze zobaczyli południowy kraniec Afryki. Znalazł się zdesperowany kapitan. Poprowadził statki w te nieznane miejsca. I dotarł do nich. Żart czy co? — wtedy to było, pewnie, nie mniejsze wydarzenie, niż dla nas — lądowanie człowieka na Księżycu. Najprawdopodobniej, nawet większe. My jakoś przyzwyczailiśmy się do sensacji. I nazwa — Przylądek Burz — wymyślona przez tego człowieka. Portugalskiego kapitana Bartolomeu Diasa (u nas wcześniej pisali — Dias). W 1488, kiedy Dias wrócił do Lizbony, król Portugalii Jan II zmienił nazwę na Przylądek Dobrej Nadziei. Dla niego to była nadzieja, że uda się dotrzeć i dalej — do Indii z ich upragnionymi bogactwami. Niestety, Dias własnym losem jakby usprawiedliwił pierwotną nazwę. Zginął podczas swojej drugiej podróży wokół Afryki — znowu burza przy tym przylądku. Przemianowanie nie uratowało. Ale to stało się w 1500. A wtedy, w grudniu 1488, można wyobrazić sobie, jak triumfowała Lizbona! Tak to było czy nie do końca tak — ale jaką romantyką owiane są te wydarzenia! Oto po pięciu stuleciach obchodzono jubileusz — na samym przylądku, w samym Kapsztadzie! Na krańcu Przylądka Dobrej Nadziei postawili pomnik z białego kamienia z krzyżem na górze. Z Lizbony przypłynęła karawela, kopia tych, które uważano pięć wieków temu za ostatni krzyk portugalskich szkutników. Takie statki prowadził kiedyś Bartolomeu Dias. Zainteresowanie uroczystościami podgrzewali południowoafrykańscy Portugalczycy. Po połowie lat 1970., z rozpadem imperium portugalskiego, pół miliona Portugalczyków napłynęło do RPA z Angoli i Mozambiku. Czuli się wygnańcami, a pamięć o dawnej chwale ich rodaków — żeglarzy i odkrywców podbudowywała ich, pomagała odzyskać pewność siebie. Prawda, z karawelą wyszedł kłopot. Oduczyli się w Lizbonie robić średniowieczne karawele czy jakaś przypadkowość, ale nie udało jej się to, co kiedyś dokonał Dias. Nie zdołała przejść całej tej drogi pod żaglami. Trzeba było użyć nowoczesnych silników (zainstalowano je na statku na wszelki wypadek). Oczywiście, do samego Kapsztadu podszedł pod żaglami, i kłopot próbowano ukryć. Ale przecież nie takie tajemnice stawały się jawnymi”. Pasjonująco? Bardzo! Prawda, że tak?! 6:30, nie śpi się!




