Po przyjeździe do Ameryki bałam się wchodzić do sklepów spożywczych.
W Rosji było tyle dyskusji na temat amerykańskiego jedzenia, że na początku w ogóle nic nie jadłam))
Przez pół godziny wybierałam butelkę wody – która jest lepsza? I bez dodatków))
W amerykańskich sklepach wszystko jest obliczone na Amerykanów – wszystko jest ogromne i w dużych ilościach.
Paczka chipsów – oho – z taką od razu trafiłabym do szpitala))
Kiedy znalazłam rosyjski sklepik, moja radość nie miała granic – wszystko takie bliskie i znajome – nakupiłam ryżu i kaszy gryczanej)))
Gotowałam w kuchni pracodawcy – cała rodzina przyszła zobaczyć, co tam warzę))) Ale nikt nie odważył się spróbować)))
Jeszcze w Ameryce gotowałam barszcz z nowymi koleżankami w ich akademiku)) One po raz pierwszy zobaczyły, jak obiera się i kroi buraki)
Kiedy zupa była gotowa, nalałam sobie i dodałam śmietanę – dziewczyny były w szoku: „Tak w ogóle można?”)))) Widzielibyście ich miny)) haha
Ale nic nie szkodzi, barszcz im zasmakował – były zadowolone!!!
Jeszcze przed wyjazdem upiekłam swoje ulubione ciasto – zebrę – dla mojej pracodawczyni i jej rodziny)) Bardzo im smakowało)))
Zawsze piekę to ciasto dla moich przyjaciół)) Tak, spokojnie mogę zaliczyć pracodawczynię do moich przyjaciół – jest super)))

